kategoria: Sprzęt
dodano: 2010-04-04 15:00:00
autor: Grzegorz Motriuk
Apple dokonało cudu marketingowego takiej skali, że Steve Jobs może spodziewać się kanonizacji (jak wiemy, MacBook został już wyniesiony na ołtarze). I chyba nigdy nie było to tak widoczne, jak podczas wczorajszej premiery iPada -- urządzenia, bądź co bądź, przeciętnego.
Jeśli rzucić okiem na piątkowe i sobotnie posty z największych technologicznych portali, zobaczymy jak intensywnie na emocjach bloggerów i czytelników gra Apple. Już dzień przed premierą redaktorzy Engadgeta nadawali korespondencję spod sklepu Apple przy Piątej Alei w Nowym Jorku, fotografując Steve'a Wozniaka witającego się z dziećmi czule jak Barack Obama. W tym samym czasie redaktor naczelny serwisu Joshua Topolsky pojawił się w programie Late Night with Jimmy Fallon w stacji NBC, aby opowiadać o nowym gadżecie. Gizmodo donosiło, że Wozniak zabawia zgromadzonych w kolejce magicznymi sztuczkami i zachwycało się nad Tap Tap Radiation na iPada. TechCrunch przygotował zaś nieautoryzowaną recenzję, w której rozpływał się w zachwycie nad tabletem, mimo że jego bloggerzy nie otrzymali urządzenia do testów i musieli je zdobyć samodzielnie (jak -- nie pytajcie). Doszło nawet do tego, że Engadget przygotował dla czytelników znudzonych hypem wokół nadgryzionego jabłka specjalną wersję swojego serwisu, która nie zawiera żadnych newsów o Apple. A całe to zamieszanie wokół tabletu bez kamery, obsługi flasha i multitaskingu...
Gdyby zjawisku przyjrzeliby się antropolodzy, kulturoznawcy i inni filozofowie, być może doszliby do wniosku, że Apple to w zasadzie coś na kształt nowej religii w zalążku. Pomijając już sam symbol jabłka, dosyć jednoznacznie kojarzącego się w naszym kręgu kulturowym, to język jakim posługuje się Jobs odwołuje się mocno do naszej duchowości i wyobraźni. Są romantyczne odwołania do "rewolucyjności" i "magicznych" cech produktu, jest "niewiarygodna" cena i "trudna do wyobrażenia sobie" liczba wspaniałych pomysłów, na jakich opiera się iPad. Jest wreszcie tajemniczy prezes w czarnym golfie, ściśle strzeżone i reglamentowane informacje na temat nowych gadżetów i niedostępny designer Jonathan Ive, który udzielił w swoim życiu chyba trzech wywiadów (z czego dwóch gazetce szkolnej jeszcze w podstawówce).
Czasami obserwując doniesienia o poczynaniach giganta można mieć wrażenie, że czyta się kolejną powieść Dana Browna, a Watykan już dawno ewakuowano do Cupertino. I chociaż trudno sobie wyobrazić, że zarząd Apple zbiera się raz na miesiąc w sali pełnej świec i pentagramów, aby debatować nad dotarciem do najgłębszych emocji swojej klienteli, to do jakiegoś stopnia -- mniej lub bardziej świadomie -- realizuje tę strategię.
Ale dosyć już tych yntelygenckich analiz. Nam nie wypada narzekać. Każda nowa cyfrowa religia gwarantuje bloggerom, jak średniowiecznym skrybom w klasztorach, całkiem przyjemną egzystencję.
Wesołych świąt.





Całkowicie się z tobą zadzam, natomiast moim zdaniem w produktach apple jest więcej magii marketingowej niż technologicznej.
Oczywiście, że apple ma doskonały marketing, a jego produkty nie zawsze okazują się tak doskonałe, jak chcielibyśmy aby były. To jest również pułapka ich strategii marketingowej. Jeśli zamiast magicznego urządzenia dostaniemy po prostu sprawnie działające urządzenie to czujemy się oszukani. Gdzie ta magia do cholery... a irytacja w nas narasta. Nie da się jednak ukryć, że niektóre rozwiązania jak np. OSX są naprawdę genialne. Sam długo broniłem się przed komputerem spod znaku jabłka, bo był drogi i moglem za to mieć 3 razy szybszego peceta. I tak cierpiałem czas jakiś - szczególnie że zarabiam pracując na komputerze (tu wysypał się system straciłem dane, tam dysk nie chciał się uruchomić - straciłem kasę, kilka razy straciłem też klienta - również przez komputer). Odkąd mam jabłuszko jakoś to sprawnie działa wszystko. Zapewne są sceptycy i zagorzali zwolennicy. Ja jestem zwolennikiem umiarkowanym, ale jednak.